Niedziela inna niż wszystkie

18 października 2016

Całkiem niedawno dotknął mnie pewien cytat, który zarazem stał się dla mnie wyrzutem sumienia: „W dzień taki jak dziś Marco Polo wyruszył do Chin, a jakie są twoje plany na dziś?". Doszedłem  do wniosku w sobotę wieczór, że trzeba skorzystać z prezentu jakim jest przepustka szpitalna i zrobić jakiś konkretny krok w niedzielę. 

Kiedy byłem klerykiem wiele rzeczy w zachowaniach księży mnie irytowało (spokojnie, to nie będzie wpis antyklerykalny, do swojej bramki się nie strzela). Jednym z tych podnoszących mi duchowe ciśnienie zachowań było odmawianie brewiarza w konfesjonale. No bo konfesjonał to nie jest miejsce do modlenia się brewiarzem tylko do spowiadania, ewentualnie modlenia się za tych, którzy przyjdą pojednać się z Bogiem lub już to zrobili dzięki mojej posłudze. Poza tym brewiarz to nie jest modlitwa „przy okazji", którą można wcisnąć w wolne pięć minut, ale ma ona nadawać rytm mojego dnia. Z tymi pięknymi ideami wszedłem w kapłaństwo. Nietrudno zgadnąć, że po paru dniach od święceń zacząłem chodzić do konfesjonału z brewiarzem. Mało tego, zacząłem rozumieć dlaczego księża tak robią. Okazuje się, że w moim życiu nieraz dzień składa się z tak zwanych płynnych przejść. Wracam ze szkoły, mam akurat kilkanaście minut na zjedzenie obiadu i zmykam na umówioną spowiedź (uwielbiam je, ludzie umawiajcie się z księżmi na takie spowiedzi!). Po spowiedzi wracam do swojego mieszkania i mam znów jakieś 20 minut luźniejszego czasu. Wypijam kawę, załatwiam potrzeby biologiczne (jak to mówi współczesna młodzież: jedynkę bądź dwójkę) i idę do kościoła wystawić Najświętszy Sakrament. Potem konfesjonał przed Mszą. Z konfesjonału wychodzę na Eucharystię. Po Eucharystii jadę do wioski oddalonej kilka kilometrów od mojej parafii, bo tam akurat z Diakonią Ewangelizacji prowadzimy Seminarium Odnowy Wiary. Wracam i już jest 22. Myślę o łóżku. No, ale że rano odmówiłem tylko jutrznie to mam świadomość, że czeka mnie jeszcze około 35 minut z brewiarzem. Postanowienie: jutro go odmowie w konfesjonale, ponieważ po 22 już przy mojej małżonce (brewiarza) zasypiam (jak prawdziwy mąż). I to jest zrozumiałe. 

Wymyśliłem wiec, że moim krokiem w niedzielę będzie modlitwa brewiarzowa poza konfesjonałem, bo mam dziś na to przecież czas. Wstałem przed 7, zrobiłem sobie zieloną herbatę i owinięty kocem uwielbiłem Pana jutrznią. Potem poszedłem na śniadanie i o 8:30 już wygodnie siedziałem w konfesjonale czekając na pierwszego penitenta. Nie było ich wielu, podobnie o 10 i 11:30. Dlatego mogłem w międzyczasie spokojnie odmówić różaniec w intencji tych, którzy dziś doświadczyli Bożego Miłosierdzia w sakramencie Pokuty, tym bardziej, że nieraz wielu z nich ją obiecuję, zwłaszcza kiedy sytuacja jest patowa. Wróciłem wieczorem do szpitala i zasypiałem uwielbiając Pana w darze dzisiejszego kroku prosząc Go jednocześnie, bym za tydzień się nie cofnął. 

A o sakramencie pokuty będzie więcej już niebawem. 

Komentarze